- WIADOMOŚCI
Kto wygrał wojnę USA-Iran? Analizujemy umowę rozejmową
Znana jest treść Memorandum of Understanding, które w piątek mają podpisać delegacje USA i Iranu. Już pierwszy punkt wskazuje na to, że nie będzie to trwały rozejm.
Autor. The White House / Facebook
Piszę o umowie rozejmowej, ponieważ – #READ[ articles: 1069043 | showThumbnails: true ] – status konfliktu zbrojnego w trójkącie USA-Izrael-Iran uważam nie za zakończony, a trwający. Konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie wciąż trwa, po prostu zmienia się tylko skala walk. Pierwszym krokiem jest więc rozejm. W piątek, w ośrodku nad malowniczym jeziorem czterech kantonów w Szwajcarii ma zostać podpisany traktat międzypaństwowy USA-Iran. Choć formalnie powinien być traktatem pokojowym, to w rzeczywistości ma bardzo niski dyplomatyczny status MoU, które traktuje się w protokole dyplomatycznym, jako niezobowiązujące porozumienie między państwami, albo instytucjami (np. MoU stosuje się np. kurtuazyjnie w czasie targów międzypaństwowych, MoU podpisują rektorzy uczelni wyższych).
Dokument ten ma otwierać okno czasowe – 60 dni – na wynegocjowanie „prawdziwej” umowy. Można więc to MoU nazwać umową rozejmową, która prowadzić ma do traktatu pokojowego. Słowo „pokój” nie pada w tych negocjacjach często, ponieważ na stan wojny Donald Trump potrzebowałby zgody Kongresu USA, więc podobnie jak Barack Obama, a wcześniej jego poprzednicy, wykorzystywał prawo do zagranicznych operacji wojskowych, formalnie nie będących wojną.
Powyższa umowa nie gwarantuje niczego. Dosłownie. Może nie dojść nawet do jej podpisania, a i po podpisaniu, wcale nie musi dojść do zahamowania konfliktu zbrojnego. Już tłumaczę dlaczego. Przeanalizujmy poszczególne punkty tego MoU.
Punkt pierwszy i koniec
W punkcie pierwszym znajdujemy taki zapis, że strony „ogłaszają po podpisaniu tego Memorandum, natychmiastowe i trwałe zakończenie wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie, i zobowiązują się, że od teraz nie będą podejmować żadnych wrogich działań przeciwko sobie, i powstrzymają się od groźby lub użycia siły wobec siebie nawzajem”. Już w pierwszym punkcie układ ten może zostać wywrócony przez kontynuację działań zbrojnych Izraela na południu Libanu. Zauważmy, że stroną MoU nie jest Izrael. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że Amerykanie nie chcieli dopuścić delegacji Netanjahu, bo ta torpedowała rozmowy już w Pakistanie. MoU jest więc postawieniem Izraela – przez strategicznego sojusznika – w trybie narzucenia woli większego gracza. Izrael ma umowę zaakceptować bo tego chce Trump, „koniec kropka”.
Ponadto, negocjacje rozejmowe o Libanie były toczone pod egidą USA, ale nie z Hezbollahem, a rządem libańskim i Izraelem – a przecież rząd w Bejrucie nie jest stroną walk, a jest ofiarą starć między IDF, a szyicką milicją, które z południa kraju uczyniły sobie ring. W punkcie pierwszym strony bazują na domniemaniu, że USA okiełzna Netanjahu, a Iran okiełzna Hezbollah. W obu przypadkach jest to wątpliwe, ponieważ tak jak Trump potrzebuje dla Partii Republikańskiej pokoju, bo zbliżają się wybory połówkowe, tak Likud szykuje się do swoich wyborów parlamentarnych i libańską ziemią chce utrzymać poparcie ruchów osadników.
Netanjahu uznał, więc że jedynym sposobem na ocalenie fotela premiera jest zagarnięcie libańskiej ziemi i kontynuowanie wojny, bo bez niej może mu się rozpaść koalicja rządowa. Remedium Netanjahu na każdy kryzys polityczny była wojna. W tej politycznej obsesji jest on zatem gotowy do zerwania tego MoU już nazajutrz, gdy nie wyschnie nawet atrament pod porozumieniem. Libański front jest kluczowy. To on może porozumienie wywrócić, albo doprowadzić do pozytywnego finału.
Punkt drugi stanowi o poszanowaniu wewnętrznej polityki obu państw – co kończy grę o wymianę rządu w Teheranie, a kolejne punkty, zwłaszcza: czwarty i piąty znoszą podwójną blokadę morską. Kolejny punkt omawia plan odbudowy powojennej irańskiej gospodarki.
Jest to niekorzystne dla USA, ale prawdopodobnie było wymogiem do ściągnięcia Iranu do stołu negocjacyjnego. Niekorzystne, ponieważ Iran po wojnie czeka recesja, która może doprowadzić do wewnętrznych zmian w strukturach władzy. Na początku roku załamała się irańska gospodarka (upadł rial, skoczyła inflacja). Wojna ukryła te problemy, które wyjdą na światło dzienne, gdy dojdzie do faktycznego pierwszego dnia pokoju. Irańskie powojnie może się nawet skończyć wojną domową, bo zakłady pracy po prostu staną.
Tymczasem, Trump proponuje pakiet odbudowy wielkości 300 mld USD. Jedyną opcją jaką uważam za realną – jeśli Trump traktuje to zobowiązanie poważnie – to próba budowy amerykańsko-irańskiego funduszu (trochę na wzór umowy o minerałach z Ukrainą), którego kapitał sfinansuje amerykańskie firmy wchodzące na irański rynek. W innym wypadku to będzie wyglądać jak wypłacone reparacje wojenne, a te płaci przegrana w wojnie strona.
Iran bez sankcji
W punkcie siódmym Waszyngton deklaruje wystąpienie o zniesienie wszystkich sankcji wobec Iranu, a w punkcie ósmym Teheran ma potwierdzić, że nie będzie pracował nad produkcją broni jądrowej. Ale już punkt dziewiąty schładza poprzednie deklaracje, bo stanowi, iż: „Islamska Republika Iranu i Stany Zjednoczone zgadzają się, że do czasu ostatecznego porozumienia utrzymają status quo: Iran utrzyma status quo w swoim programie nuklearnym, a Stany Zjednoczone nie nałożą nowych sankcji na Iran ani nie wzmocnią swoich sił w regionie”.
Punkty dziesiąty i jedenasty odmrażają aktywa irańskie za granicą i uwalniają handel irańskimi strategicznymi surowcami na świecie – na okres wspomnianych 60 dni negocjacji. Kolejne punkty potwierdzają, że ma zostać zawarte Ostateczne Porozumienie pod egidą ONZ.
Jeżeli Iran podpisze powyższe porozumienie, to znaczy, że jest on owocem zmęczenia obu stron konfliktem zbrojnym. Iran stracił na tej wojnie gospodarczo i militarnie, a Donald Trump wizerunkowo. Powtórzę: Iran tę wojnę przegrał militarnie. USA wygrało bitwę powietrzno-morską na kierunku irańskim. Tyle, że poprzez brak spójnej komunikacji strategicznej i operacji psychologicznej, wojna okazała się wizerunkową katastrofą dla Trumpa i jego obozu. Iran przyjmując bardzo prymitywną, ale skuteczną komunikację strategiczną, w której przetrwanie rządu i podpalenie regionu równa się zwycięstwo – uznaje się za stronę wygraną w konflikcie zbrojnym, choć wybombardowano mu flotę wojskową, generalicję i strategiczną infrastrukturę.
Wszelako obie strony uznały, że dalsza wymiana ciosów nie ma sensu. Zniesienie sankcji i pakiet 300 mld USD, może być próbą Trumpa, na geopolityczny gambit. Skoro nie udało się wymienić rządu w Teheranie, wspólnie z nim zarabiajmy na odbudowie i budowie nowego Iranu. Znosimy sankcje z Iranu, ale nie po to, by zarabiali inni. To byłby pomysł w stylu Trumpa, i pomysł niegłupi, ale wiele wskazuje na to, że pełnię władzy w Iranie przejął fanatyczny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). A ten jest partnerem absolutnie nieobliczalnym.
Wyobraźmy sobie bowiem, że irańskie powojnie będzie stało pod znakiem strajków w zakładach pracy (z powodu nierozwiązanych problemów gospodarczych jeszcze sprzed „Epickiej Furii”). Odpowiedź IRGC może być dość schematyczna – zamiast reformować system, wpuścić do Iranu więcej wolności, Korpus będzie krwawo pacyfikował społeczne wystąpienia. Gospodarka będzie zmierzała do totalnego bankructwa, region będzie destabilizowała masowa migracja z Iranu, która w regionie skończy się uszczelnianiem granic, albo przerzucaniem uciekinierów np. do Europy. A Teheran będzie to promował, by rozładować antyrządowe nastroje skazując tych ludzi na banicję, by nie tworzyli partyzantki wewnątrz kraju. Dlatego Waszyngton, w MoU, spróbował przedstawić Teheranowi alternatywę ekonomiczną, ale nie daje to gwarancji, że Korpus dostając zewnętrzną pomoc zrezygnuje z polityki pacyfikacji. Działa to także w drugą stronę: takiemu partnerowi, który nie wyrzekł się przemocy, USA nie dadzą 300 mld USD.



WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!