- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Europa potrzebuje Turcji, ale nie wie, jak sobie z nią poradzić
Turcja powraca do centrum polityki NATO. Po ponad dwóch dekadach szczyt Sojuszu ponownie odbywa się na terytorium Turcji, a Ankara wykorzystuje tę okazję do promowania swojego przemysłu obronnego, pogłębiania współpracy dwustronnej oraz przypomnienia Europie, że nie jest w stanie zbudować skutecznej architektury bezpieczeństwa, trzymając Turcję na dystans.
Szczyt NATO w Ankarze uwypukla dylemat, którego Europa od lat nie potrafi rozwiązać. Unia Europejska potrzebuje Turcji w obszarach obronności, migracji, handlu, logistyki i dyplomacji regionalnej, ale wciąż nie jest w stanie wypracować wobec Ankary jednolitego stanowiska. Dla części europejskich przywódców Turcja pozostaje niezbędnym partnerem w zakresie bezpieczeństwa. Inni postrzegają ją jako trudnego i nieprzewidywalnego aktora, którego polityka wobec Grecji, Cypru, Izraela, Rosji czy Iranu generuje poważne napięcia. Obie oceny są w pewnym stopniu uzasadnione – i właśnie dlatego relacje z Ankarą należą dziś do najbardziej złożonych wyzwań europejskiej polityki bezpieczeństwa.
Turcja dysponuje drugą co do wielkości armią w NATO, ustępując jedynie Stanom Zjednoczonym, a jej przemysł obronny w ostatnich latach przeszedł imponującą transformację. Stał się bardziej samodzielny, nastawiony na eksport i zweryfikowany w warunkach rzeczywistych konfliktów zbrojnych. Tureckie bezzałogowce, wozy opancerzone, systemy morskie, pociski rakietowe czy projekty lotniczo-kosmiczne nie są już niszowymi produktami, lecz elementem europejskiej debaty o przyszłości obronności. Ankara rozwija współpracę przemysłowo-obronną z ponad dziesięcioma państwami Europy, w tym z Hiszpanią, Włochami, Polską i Belgią. Podczas szczytu NATO będzie starała się przełożyć ten potencjał na nowe kontrakty i większe uznanie swojej roli w europejskiej architekturze bezpieczeństwa.
Organizowane równolegle forum przemysłu obronnego nie jest więc jedynie wydarzeniem towarzyszącym. To starannie przygotowana demonstracja potencjału tureckiego sektora zbrojeniowego. Zwiedzanie zakładów Turkish Aerospace Industries w Kahramankazan, prezentacje uzbrojenia oraz pokazy rodzimych platform lotniczych mają przekonać europejskich partnerów, że Turcja jest nie tylko gospodarzem szczytu NATO, lecz także dostawcą zdolności wojskowych, których Europa coraz bardziej potrzebuje. W obliczu niedoborów amunicji, ograniczonych mocy produkcyjnych, rozdrobnienia przemysłu obronnego i przewlekłych procedur zakupowych Ankara przedstawia się jako część rozwiązania europejskich problemów.
To prowadzi do fundamentalnego pytania: czy dziś Unia Europejska potrzebuje Turcji bardziej, niż Turcja potrzebuje Unii? Z perspektywy obronności odpowiedź jest dla Brukseli niewygodna. Europa potrzebuje dodatkowych zdolności produkcyjnych, nowoczesnych systemów bezzałogowych, elastycznego zaplecza przemysłowego, sprawnej mobilności wojskowej oraz partnerów zdolnych do działania w niestabilnych regionach świata. Turcja może zaoferować większość tych zasobów. Pozostaje również kluczowym państwem dla zarządzania migracją, bezpieczeństwa szlaków energetycznych, stabilności regionu Morza Czarnego, Kaukazu, Bliskiego Wschodu, Azji Centralnej i Afryki. Co więcej, Ankara utrzymuje kanały komunikacji z aktorami, do których Europa ma ograniczony dostęp, w tym z Rosją i Hamasem. Nie czyni to z Turcji łatwego partnera, ale sprawia, że trudno ją pominąć w strategicznych kalkulacjach.
Największą przeszkodą pozostają jednak Grecja i Cypr. Ankara jest wyłączona z kluczowych unijnych programów obronnych, w tym instrumentu SAFE, ponieważ Ateny i Nikozja blokują jej pełny udział, wskazując na nierozwiązane spory morskie, groźby użycia siły oraz trwającą od 1974 roku okupację północnego Cypru przez Turcję. Z ich perspektywy nie może być mowy o pogłębianiu współpracy obronnej bez uwzględnienia tych kwestii. Argumentują, że europejska polityka bezpieczeństwa nie może abstrahować od tureckiej presji na Morzu Egejskim, wokół Cypru czy we wschodniej części Morza Śródziemnego. Nie jest to więc problem proceduralny, lecz jeden z najpoważniejszych strategicznych sporów wewnątrz europejskiej debaty o bezpieczeństwie.
Ankara oczekuje, że Europa oddzieli kwestie obronności od sporów politycznych. Grecja i Cypr reprezentują stanowisko przeciwne – każda głębsza współpraca UE z Turcją powinna być uzależniona od spełnienia określonych warunków politycznych. To właśnie w tym miejscu uwidacznia się słabość Unii Europejskiej. Z jednej strony potrzebuje tureckich zdolności wojskowych, z drugiej nie potrafi wypracować wspólnej polityki wobec rosnącej pozycji Ankary. Efektem jest mnożenie porozumień dwustronnych przy jednoczesnym paraliżu współpracy na poziomie całej UE. Taki stan rzeczy sprzyja Turcji, która może prowadzić negocjacje bezpośrednio z poszczególnymi stolicami, unikając bardziej restrykcyjnych ram wypracowanych przez Unię.
Paradoks ten jeszcze wyraźniej widać w NATO. Sojusz uznaje Turcję za jednego z kluczowych aktorów militarnych mimo utrzymywania przez Ankarę relacji z Rosją, odmowy przyłączenia się do unijnych sankcji, zakupu rosyjskich systemów S-400 oraz prowadzenia niezależnej polityki wobec Iranu, Hamasu, Izraela, Grecji i Cypru. Taka jest jednak natura NATO. Nie jest to wspólnota państw prowadzących identyczną politykę zagraniczną, lecz sojusz oparty na wspólnej obronie i realnych zdolnościach wojskowych. Turcja pozostaje partnerem trudnym politycznie, ale jednocześnie niezwykle wartościowym z militarnego punktu widzenia. Dla NATO to właśnie ten drugi aspekt ma kluczowe znaczenie.
Szczyt w Ankarze pokazuje zatem coś więcej niż kolejny spór o miejsce Turcji w Europie. Jest sygnałem, że europejska polityka bezpieczeństwa wkracza w etap, w którym rosnące znaczenie będą miały twarde zasoby: potencjał militarny, zdolności produkcyjne, położenie geograficzne i wpływy regionalne. Turcja doskonale rozumie tę zmianę i konsekwentnie buduje swoją pozycję. Unia Europejska nadal sprawia natomiast wrażenie, jakby polityczne zastrzeżenia mogły zastąpić strategiczną konieczność. Nie mogą. Europa może krytycznie oceniać politykę Recepa Tayyipa Erdoğana i jednocześnie uwzględniać uzasadnione obawy Grecji oraz Cypru. Nie może jednak ignorować faktu, że Turcja stała się trwałym elementem europejskiego równania bezpieczeństwa. Pytanie nie brzmi już, czy Europa powinna z nią współpracować. Kluczową kwestią jest to, jaką cenę polityczną będzie gotowa zapłacić za taką współpracę.


