Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI

Miliardy na sprzęt z SAFE. Na garaże i magazyny zabrakło?

Haubica Krab (po lewej) i bojowy wóz piechoty Borsuk (po prawej) są wśród kandydatów do polskiego finansowania SAFE.
Autor. Maksymilian Dura/Defence24.pl

Pod koniec maja rząd chwalił się rekordowym tempem podpisywanych umów na zakup uzbrojenia za ponad 120 mld zł, które zostały zawarte w trzy dni. Za tymi kontraktami w ramach SAFE nie poszły jednak pieniądze na infrastrukturę, bez której nowy sprzęt nie ma gdzie stać.

Reklama

Do końca maja Agencja Uzbrojenia zakontraktowała w polskich firmach około 120 mld zł ze środków SAFE. W tej puli są m.in. cztery dywizjonowe moduły Regina, czyli 96 armatohaubic Krab, które mają trafić do 11. Dywizji Kawalerii Pancernej i 12. Dywizji Zmechanizowanej, oraz osiem kompanii wsparcia na 64 moździerzach Rak dla 16. i 18. Dywizji Zmechanizowanej. Z tego samego źródła dokupiono też 12 baterii systemów Gladius za 9,3 mld zł, 146 bojowych wozów piechoty Borsuk, ponad tysiąc pojazdów towarzyszących do wyrzutni Homar-K i wozy wsparcia do haubic K9. Po stronie obrony powietrznej z SAFE refinansowany jest zamówiony w styczniu system przeciwdronowy San, a w pakiecie są też elementy programów Wisła i Narew. Zasady programu wymagają, by sprzęt trafił do użytkownika do końca 2030 r.

Jak czytamy w „Rzeczpospolitej”, która powołuje się na wewnętrzne pisma MON z ostatnich tygodni, Plan Inwestycji Budowlanych jest za mały o ok. 100 proc., a środków na infrastrukturę pod sprzęt z SAFE w ogóle nie zabezpieczono. Brakuje co najmniej kilku miliardów złotych rocznie. MON dotychczas nie skomentował tych doniesień. Brak infrastruktury może oznaczać wcześniejszą utratę gwarancji producentów, a amunicja może stawać się bardziej awaryjna. Przy wydatkach na obronność rzędu 200 mld zł kilka dodatkowych miliardów nie jest kwotą ogromną, ale budowa w reżimie zamówień publicznych w optymistycznym wariancie trwa 2–3 lata. Nawet gdyby procedury ruszyły w pierwszej połowie 2027 r., do 2030 roku może po prostu braknąć czasu.

Skala dostaw zderza się z tym, co o zapleczu mówi samo wojsko. Szef Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych gen. dyw. Dariusz Mendrala w rozmowie z Defence24 podkreślał, że transformacja armii nie kończy się na wymianie uzbrojenia. Logistycy patrzą na części zamienne, serwis, smary, magazyny, warsztaty i infrastrukturę szkoleniową. Zakup to według niego około 20–30 proc. kosztu cyklu życia platformy. Reszta, około 70 proc., przypada na utrzymanie sprawności. Część pieniędzy musi iść na zaplecze z wyprzedzeniem, zanim sprzęt w ogóle dojedzie.

Reklama

Problem jest starszy niż majowe umowy. Aparat logistyczny projektowano pod armię około 100 tys. żołnierzy, z większością jednostek na zachodzie. Dziś na wschodzie doszły nowe dywizje, a system ma też przyjąć siły sojusznicze i utrzymać operację nie przez jedną noc, tylko przez tygodnie i miesiące. Gen. Mendrala stwierdził, że logistyka musi nadążyć za rozbudową wojska. W środowisku nasyconym dronami wielkie składy są celem, więc zasoby trzeba rozpraszać. To wymaga więcej obiektów, nie mniej.

Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować
Reklama