• KOMENTARZ
  • WIADOMOŚCI
  • OPINIA

Budanow w jednym ma rację. Konflikt o historię jest nieunikniony

Budanow Kyryło Ukraina Zełenski
Autor. Wolodymyr Zelensky/X

Jak odbierać ostatnie słowa szefa kancelarii prezydenta Ukrainy Kyryła Budanowa, który nie tylko zapowiedział, że Polskę i Ukrainę czeka dalsza eskalacja, ale też przyrównał nasz kraj do Rosji? Czy można jeszcze mówić o nadziei na zdrowe relacje międzypaństwowe, czy jednak jesteśmy skazani na ciągłe przepychanie się z powodu ukraińskiej polityki historycznej?

To nie groźba. To świadomość zaogniającego się sporu Ukraina widzi wrogów tam, gdzie ich nie ma Nie tylko Polska. Inni też powiedzą ,,nie"

To nie groźba. To świadomość zaogniającego się sporu

Budanow nie tyle grozi, co po prostu stwierdza fakt. Czy władze ukraińskie nadal będą brnąć w narrację czczącą Ukraińską Powstańczą Armię, Stepana Banderę i Romana Szuchewycza? Wszystko na to wskazuje. Czy polskie władze będą twardo od teraz stawiać kwestie polityki historycznej, a relacje z Kijowem przybiorą formę transakcyjną? O ile pierwsza kwestia raczej już nie ulega wątpliwości, o tyle przy drugiej można postawić duży znak zapytania.

Reklama

Wreszcie, czy zatem oba państwa czeka wzrost napięć? Odpowiedź nasuwa się sama. Zdecydowanie tak, i to niezależnie od tego, która ścieżka zostanie obrana. Ukraińskie władze wydają się ślepo brnąć w narrację skrajnie nacjonalistyczną, która szkodzi nie tylko relacjom z Polską, ale też z państwami zachodnimi. Z kolei władze w Warszawie muszą liczyć się ze zdaniem społeczeństwa, które jest oburzone postawą władz w Kijowie.

„Ten (punkt kulminacyjny – przyp.) na pewno nastąpi wkrótce. Nie ma w tym żadnej wielkiej tajemnicy, (11 lipca – przyp.) przypada rocznica tragedii wołyńskiej. Z informacji, które posiadam, wynika, że oni przygotowują (strona polska – przyp.) cały szereg – powtórzę to – działań prowadzących do eskalacji, więc najwyraźniej wszystko to będzie teraz kontynuowane” – mówił Budanow.

Z tego impasu nie da się wyjść bez starcia tych dwóch wizji historii, a to przecież ona i ludobójstwo dokonane na Wołyniu przez UPA są tym największym wyzwaniem. Każdy, kto będzie chciał pogorszyć relacje polsko-ukraińskie, zawsze będzie uderzał w te tony. Ironią jest fakt, że obecnie Kijów robi to z własnej inicjatywy, a długofalowe szkody odniesie on sam.

Ukraina widzi wrogów tam, gdzie ich nie ma

Bardziej bulwersującą kwestią jest zestawienie Polski, która stawia warunki w polityce historycznej, na jednej płaszczyźnie z Federacją Rosyjską, która także stawiała Ukrainie określone czerwone linie. To jednoznaczna próba sprowokowania nie tylko władz w Polsce, ale przede wszystkim samych Polaków do bardziej gwałtownych reakcji, które miałyby się odbić na samych Ukraińcach mieszkających w Polsce. Znacznie łatwiej jest wtedy pokazać, że rosnąca niechęć Polaków wobec Ukraińców wynika z ich domyślnej wrogości, a nie kwestii natury historycznej. Inaczej tak otwartego uderzania w państwo polskie nie da się tłumaczyć niczym innym.

Reklama

„Ukraina nie przyjmie ultimatum od nikogo na tym świecie. Ostatnio to Rosja próbowała postawić nam ultimatum – bez urazy wobec Polski, ale (Rosja – przyp.) jest nieco potężniejsza niż Polska – a my i tak go nie przyjęliśmy. Tak, jest ciężko, źle, jest dużo krwi. Ale nawet ich ultimatum nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś innego, z innej strony?” – mówił szef gabinetu prezydenta Ukrainy.

Nie tylko Polska. Inni też powiedzą ,,nie"

Narracja ze strony władz ukraińskich oraz wielu kont w mediach społecznościowych wygląda tak, jak gdyby to największym blokującym drogę Ukrainy do NATO i UE miała być Polska. Powodem mają nie być kwestie natury historycznej, a rzekoma obawa przed wzrostem znaczenia Ukrainy w Europie. Sprawa jest jednak znacznie prostsza, a wynika po prostu z tego, jak wygląda sama droga do obu organizacji.

Tu można powoływać się na kryteria kopenhaskie, cały wachlarz regulacji unijnych, kwestie deficytu budżetowego, praworządności, poziomu korupcji, stanu demokracji – wszystkiego tego, czego wymaga się od każdego państwa wstępującego do wspólnoty. W większości z tych przypadków Ukraina nadal mierzy się z ogromnymi problemami, by nie powiedzieć patologiami, które ciągną się co najmniej od lat 90.

Nie można też zapominać o problemach, które pojawią się po zakończeniu wojny – nikt chyba nie zakłada, że Ukraina mogłaby wejść do obu wspólnot, będąc w trwającym konflikcie zbrojnym. Odbudowa, rozminowanie terenu, naprawa gospodarki, demografia, potencjalna kolejna fala migracji czy możliwy rozwój przestępczości zorganizowanej – to tylko wierzchołek góry lodowej, który wyłania się przed Kijowem.

Ostatnim elementem jest zgoda pozostałych państw UE i NATO, i tu ciężko mówić o jednomyślności wszystkich członków, bo sprzeciwu można się spodziewać chociażby ze strony USA (w kontekście NATO), a w przypadku UE można wskazać na Węgry, Słowację, Czechy, prawdopodobnie też Niemcy czy Francję – zwłaszcza w najbliższej perspektywie wyborczej.

W takiej sytuacji Polska wcale nie musi mówić „nie”, bo nawet nie będzie to warunkiem koniecznym do zablokowania obu tych dróg. Tym samym polityka Kijowa w postaci pójścia na zwarcie z Warszawą jest tutaj całkowicie nietrafiona.

Reklama