- WAŻNE
Arabska frustracja na USA
Autor. Directorate of Communications of the Presidency of the Republic of Türkiye
Niezdolność USA do kontrolowania Izraela i wywołanie wojny z Iranem, której efektem jest destabilizacja regionu i ogromne szkody dla państw arabskich, zmusiły je do szukania alternatywy w zakresie bezpieczeństwa. Prestiż USA w wyniku chaotycznej i niekompetentnej polityki Trumpa i jego administracji, ucierpiał w sposób bezprecedensowy. Trudno bowiem ufać supermocarstwu, którego cele strategiczne na Bliskim Wschodzie są niejasne, a zdolność ich osiągania wielce wątpliwa.
Narastająca frustracja państw arabskich nie może dziwić. Po wybuchu wojny z Iranem Amerykanie skoncentrowali się na obronie swoich obiektów w regionie oraz Izraela, natomiast państwa arabskie zostały pozostawione same sobie. Tymczasem to nie Izrael (ale państwa arabskie) płaciły miliardy dolarów kupując broń od USA i dokonując inwestycji, a czasem, jak to było w przypadku Kataru, obdarowując prezydenta Donalda Trumpa drogimi prezentami (samolotem). Fakt, że USA nie miały zdolności do obrony swoich regionalnych sojuszników nie tłumaczy supermocarstwa, lecz jeszcze bardziej pogarsza sprawę. Hegemon, który okazuje się bezsilny, przestaje być postrzegany jako hegemon, a partnerstwo arabsko-amerykańskie nie było zbudowane na podstawach aksjologicznych (wartościach takich jak demokracja) czy sentymentalnych (sympatia do USA), lecz pragmatyzmie i transakcjonizmie. W szczególności bazy USA na terytorium państw arabskich miały zapewnić USA absolutną kontrolę nad regionem, a państwom arabskim (w szczególności członkom GCC) bezpieczeństwo.
Stało się jednak dokładnie odwrotnie. Po wybuchu wojny z Iranem uznał on, iż każde państwo, które ma na swoim terytorium bazy USA jest uprawnionym celem ataku odwetowego. W związku z tym irańskie rakiety i drony zaczęły trafiać cele infrastruktury we wszystkich państwach GCC, a USA nie udzieliły im w związku z tym żadnej pomocy. Frustracja Arabów pogłębiona została tym, iż ani atak na Iran ani też sposób prowadzenia tej wojny, jej cele itp. nie były konsultowane z nimi (choć oczywiście były z Izraelem), a ostatecznie one poniosły ogromny jej koszt. I nie chodzi tylko o blokadę Cieśniny Ormuz oraz uderzenia Iranu ale również szkody finansowe wynikające z ucieczki kapitału, odwołanych lotów, załamania się turystyki czy tez odwołanych imprez. Później było jeszcze gorzej gdyż chaotyczne komunikaty wychodzące z Białego Domu pozostawiały państwa regionu w próżni utrudniającej własne dostosowanie się do coraz bardziej zmieniającej się i groźnej sytuacji. Trudno było bowiem zorientować się czy celem Waszyngtonu jest obalenie Islamskiej Republiki, rozbiór Iranu, zmiana reżimu czy co innego, a jeśli co innego to co. Oczywiście, wszyscy wiedzieli co jest celem Izraela (chaos w regionie) ale to tym bardziej pogłębiało niezadowolenie.
Podpisanie przez Trumpa uzgodnionego z Iranem Memorandum of Understading jedynie pogorszyło sytuację, gdyż w ogóle nie uwzględniło interesów państw arabskich. Wprawdzie samo trwałe zakończenie działań wojennych byłoby w ich interesie ale porozumienie sankcjonowało rolę Iranu jako regionalnego supermocarstwa. Oczywiście kwestia arsenału balistycznego Iranu oraz jego relacje z proxy nie zostały poddane żadnym ograniczeniom. Można by to uznać za podejście realistyczne, zwłaszcza w odniesieniu do programu balistycznego, gdyż Iran nigdy by się nie zgodził na poddanie restrykcjom swojego największego (obok dronów) atutu w asymetrycznej walce zbrojnej ale w zderzeniu z wcześniejszymi deklaracjami USA wyglądało to na kapitulację Amerykanów. Oznaczało to zatem, że nie można ufać w zapewnienia Białego Domu i Pentagonu. Co więcej, okazało się też, że Iran ma dostać 300 mld usd na odbudowę, a państwa arabskie nie tylko zostają same ze swoimi zniszczeniami i stratami, ale w dodatku Trump zasugerował, że to one mają dać te środki na fundusz odbudowy i rozwoju Iranu. „Wisienką na torcie” był oczywiście zapis sugerujący, że po 60 dniach Iran, po uzgodnieniach z Omanem, ma ustalić zasady administrowania Cieśniną Ormuz i świadczenia usług morskich, przy czym brzmienie tego punktu mogło być interpretowane jako nie wykluczające opłat za te usługi.
Gdy państwa arabskie przełknęły to i postanowiły się dostosować do nowej sytuacji i nawet najbardziej agresywne wobec Iranu i proizraelskie Zjednoczone Emiraty Arabskie zaczęły się dogadywać z Teheranem w celu ustalenia modus vivendi w nowych okolicznościach geopolitycznych, nagle okazało się, że Trump albo nie wiedział co podpisuje albo z góry postanowił nie realizować przyjętych zobowiązań wobec Iranu. Oczywiście, maksymalistyczne podejście Iranu do kwestii Cieśniny Ormuz również przyczyniło się do impasu w negocjacjach, wznowienia wzajemnej blokady cieśniny oraz nowej wymiany ciosów, niemniej USA nie tylko nie panowało nad sytuacją ale również reakcje na zmieniającą się sytuację były znów chaotyczne i nieprzewidywalne. Pozostawiały one więc państwa arabskie w zawieszeniu i niepewności czy mają się dogadywać z Iranem bo ostateczny deal zaraz zostanie zawarty, czy wręcz przeciwnie – nadchodzi eskalacja (którą najpierw Trump zapowiedział, a potem odwołał).
Warto również zwrócić uwagę na nierówność w traktowaniu z jednej strony państw arabskich GCC, a z drugiej strony takich krajów jak Pakistan czy Turcja. Ten pierwszy dysponuje bronią atomową i nie ma na swoim terytorium baz USA, choć współpraca wojskowa pakistańsko-amerykańska jest bardzo intensywna. Nie zmienia to jednak faktu, że Pakistan jest też kluczowym partnerem i sojusznikiem Chin, a od początku wojny z Iranem był wobec niej krytyczny, obwiniał Izrael i traktował Iran jako zaprzyjaźniony kraj. Tymczasem USA nie tylko nie podjęły w związku z tym żadnych wrogich działań wobec Pakistanu ale ani Trump ani nikt z jego administracji nie posunął się nawet do jakichkolwiek gróźb czy krytyki (tak ochoczo wyrażanych pod adresem europejskich sojuszników). Z kolei Turcja, będąca członkiem NATO i mająca na swoim terytorium żołnierzy USA, znajduje się w coraz większym konflikcie z Izraelem i jednoznacznie sprzeciwiała się jakimkolwiek działaniom zbrojnym przeciwko Iranowi. Trump nie tylko nigdy nie skrytykował takiej postawy Turcji ale wręcz przeciwnie podkreślał ogromne znaczenie tego kraju dla regionalnego bezpieczeństwa i przywiązywał dużą rolę do swoich osobistych relacji z Recepem Tayyipem Erdoganem. Z drugiej strony, związki Pakistanu i Turcji z USA nie skłoniły Iranu do uderzenia w cele na terytorium tych państw (doniesienia na początku wojny o ataku irańskim na terytorium Turcji nie zostały nigdy potwierdzone, a nawet jeśli doszło do niego to mogła to być prowokacja). To również dało państwom arabskim do myślenia, zwłaszcza, że ani Turcja ani Pakistan nie obłaskawiają Trumpa pieniędzmi. Wniosek był prosty: USA pod rządami Trumpa uznało, że „dary” od Arabów to norma i nie trzeba dawać nic w zamian bo i tak nie mają one alternatywy. W obecnej rzeczywistości zdeterminowanej polityką Trumpa liczy się tylko siła i zdolność do prowadzenia agresywnej polityki.
Warto przy tym spojrzeć na sytuację jeszcze z szerszej perspektywy geopolitycznej. Państwa arabskie wiedzą, że Iran nie zniknie, a tegoroczne wydarzenia pokazały też, że w perspektywie co najmniej kilku – kilkunastu lat nie zniknie też Republika Islamska. Z kolei marzenie Izraela o dezintegracji Iranu poprzez wspieranie ruchów separatystycznych to przepis na całkowitą destabilizację regionu, której nie chce nikt w regionie poza Izraelem. Arabowie boją się chaosu, na którym mogą skorzystać terroryści, a Turcy i Pakistańczycy nie mają zamiaru tolerować wspierania separatyzmu bo wiedzą, że może to się negatywnie odbić na ich własnym bezpieczeństwie. Z drugiej strony USA od lat deklarują zamiar wycofania się z Bliskiego Wschodu, co jeszcze dobitniej zostało podkreślone w przyjętej na początku drugiej kadencji Donalda Trumpa nowej Strategii Bezpieczeństwa USA. Fakt, że polityka administracji Trumpa nie koresponduje z tymi zamiarami tylko potwierdza jej nieprzewidywalność, a także uzależnienie od interesów Izraela, co nie może się podobać państwom GCC. Ponadto USA odmówiły udzielenia gwarancji bezpieczeństwa na wzór art. 5 NATO czy tez współpracy w zakresie „pokojowego” programu nuklearnego. Natomiast negocjacje omańsko-irańskie (które przewiduje podpisane przez Trumpa Memorandum of Understanding) skłoniły amerykańskiego prezydenta do zagrożenia Omanowi bombardowaniami, co wprawiło w osłupienie inne państwa GCC.
Z perspektywy państw arabskich zagrożenie dla ich bezpieczeństwa ma dwa źródła: Iran i Izrael. W obu tych wypadkach wzrosło ono w ostatnich latach za sprawą działań lub zaniechań USA. Co do Iranu zostało to już wyżej omówione, natomiast w przypadku Izraela chodzi o problem palestyński, narastanie ekstremizmu (Ben Gwir, Smotricz) i niepohamowany interwencjonizm. Faktem jest, że o kwestii palestyńskiej państwa GCC chciałyby zapomnieć ale jatka jaką urządził Izrael w Gazie ożywiła arabską opinię publiczną i stało się to niemożliwe. Ponadto zbrodnicze pomysły polityków Izraela marzących o wypędzeniu Palestyńczyków to zagrożenie dla państw arabskich jeśliby ludność ta udała się do nich. Tymczasem USA, a zwłaszcza administracja Trumpa, albo nie chce zmusić Izraela do pokojowych rozwiązań przedstawianych przez państwa arabskie albo nie jest w stanie. Za to naciska na bezwarunkową normalizację stosunków z Izraelem co miałoby dla wielu państw arabskich (w szczególności Arabii Saudyjskiej) katastrofalne skutki. Odrzucenie przez rząd Netanjahu ostatniej propozycji USA dot. rozbrojenia Hamasu i wycofania się Izraela ze Strefy Gazy pokazuje bezsilność hegemona wobec agresywnych planów Izraela. Tym bardziej jest to widoczne na przykładzie działań Izraela w Libanie oraz Syrii, a także coraz częstszych gróźb pod adresem Turcji. Ostatnie naloty Izraela na bazę Abu al-Duhur w północnej Syrii (w której mieli przebywać tureccy żołnierze), mimo wysiłków administracji Trumpa osiągnięcia porozumienia miedzy nowymi władzami Syrii a Izraelem, pokazują całkowitą bezkarność Izraela i uwypuklają agresywność jego polityki. Próba sprowokowania konfrontacji z Turcją musi jeszcze bardziej martwić państwa arabskie bo doprowadziłoby to region do niewyobrażalnego chaosu. A zdolność Trumpa do powstrzymania takiego scenariusza stała się wątpliwa.
Obecna polityka Izraela powoduje, że zagrożenie użycia przez to państwo broni nuklearnej stało się bardziej prawdopodobne (choć tylko potencjalnie) niż użycie jej przez Iran (zwłaszcza, że Iran jej nie ma). Dlatego konieczne było zrównoważenie tego zagrożenia poprzez zaangażowanie podmiotu nuklearnego czyli Pakistanu. Pakt z Mekki, zawarty między Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem, jest zatem logiczną konsekwencją rosnącego zagrożenia ze strony Izraela (w znacznie mniejszym stopniu – Iranu), przy bezradności USA i wielkiej niewiadomej co do przyszłych planów tego państwa w regionie Bliskiego Wschodu. Konieczne zatem stało się budowanie nowej architektury bezpieczeństwa opartej na fundamencie dwóch państw (Turcji i Pakistanu), które nie obawiają się ani Iranu ani USA, a uderzenie na nie ze strony Izraela przyniosłoby mu zgubę. Oczywiście, póki co porozumienie to ma swoje ograniczenia, gdyż np. Huti nie zaprzestali ataków na Arabię Saudyjską (co zresztą też nie spotkało się z taką reakcją USA jakiej mogli by Saudowie oczekiwać od USA jako światowego hegemona). Niemniej jego znaczenia dla budowy nowej architektury bezpieczeństwa regionu (bez USA) nie należy bagatelizować.
Zapowiedzi USA wywierania totalnej presji ekonomicznej na Iran poprzez jego całkowitą izolację, abstrahując od ich wątpliwej realności, też nie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom większości państw regionu. Pomijając to, iż wątpliwe jest by tak kluczowe państwa jak Turcja czy Pakistan (a także wiele innych) przyłączyły się do tych działań, to państwa arabskie mają świadomość, że jeśli w ten sposób Iran rzeczywiście zostanie przyparty do ściany to spełni swoje groźby uderzeń na infrastrukturę tych państw, które uczestniczyć będą w blokadzie. A USA znów nie obronią ich przed tymi uderzeniami (zresztą nie bardzo mają teraz czym). Jest


Wybrane okazje dla Ciebie