Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WAŻNE

F-35 i nowe rakiety. USA wzmacniają atomową odpowiedź [WYWIAD]

F-35A Wenezuela 2026
Autor. U.S. Air Force, za Department of War, domena publiczna

„Widzimy amerykańskie czerwone linie w sprawie nuclear sharing. Z ostatnich sygnałów wynika, że za Trumpa USA są bardziej otwarte na certyfikację polskich F-35A do przenoszenia amerykańskiej broni jądrowej, ale wciąż są przeciwne stacjonowaniu tych bomb na wschodniej flance” – powiedział w rozmowie z Defence24 Artur Kacprzyk z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Dlaczego Elbridge Colby chce poszerzyć opcję ograniczonego użycia broni jądrowej przez USA? Czy w niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się nowych środków masowego rażenia wyprodukowanych przez Stany Zjednoczone? Kiedy możemy spodziewać się publikacji Przeglądu Postawy Nuklearnej? Odpowiedzi na te i inne pytania poznamy z lektury wywiadu red. Michała Górskiego z analitykiem ds. odstraszania nuklearnego PISM Arturem Kacprzykiem.

Reklama

Podsekretarz obrony ds. polityki Elbridge Colby ma przekonywać do wprowadzania zmian w obecnie obowiązującej amerykańskiej doktrynie nuklearnej. Co ją cechuje i dlaczego jego zdaniem jest ona dziś niewystarczająca?

Artur Kacprzyk, Analityk ds. odstraszania nuklearnego, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych: Właściwie to Colby zapowiada nie zmianę doktryny, ale poszerzenie opcji ograniczonego użycia broni jądrowej. Chodzi o zdolności do proporcjonalnej odpowiedzi na atak nuklearny na sojuszników USA lub amerykańskie siły rozmieszczone na ich terytoriach. Przeciwnik mógłby zdecydować się na taką eskalację, zwłaszcza gdyby przegrywał konflikt konwencjonalny i chciał odwrócić jego losy. Np. mógłby użyć kilku głowic i zagrozić dalszymi atakami, jeśli wojna się nie skończy na jego warunkach. Amerykanie nie odpowiedzieliby na to użyciem całego swojego arsenału, bo ryzykowaliby wtedy zmasowany odwet na własne terytorium.

Dlatego USA chcą mieć możliwość kontruderzenia niewielką liczbą środków, przy jak najmniejszym ryzyku, że wróg uzna to za początek większego ataku. Uderzenie miałoby być więc selektywne i nie powodować dużych strat w ludności cywilnej. Ważna byłaby duża precyzja, a być może także i niewielka moc głowicy. Chodziłoby o odstraszenie dalszych ataków nuklearnych wroga poprzez wysłanie sygnału „nie chcemy eskalacji, ale będziemy na nią odpowiadać”.

Amerykanie od dawna mają zdolności nuklearne do ograniczonej odpowiedzi, ale chcą je rozbudować i usprawnić, by móc jednocześnie reagować w różnych regionach. Coraz bardziej muszą brać pod uwagę możliwość wybuchu konfliktu nuklearnego nie tylko z Rosją, ale i z Chinami. Do tego dochodzi jeszcze zagrożenie ze strony Korei Północnej. Wszystkie te trzy państwa rozbudowują swoje arsenały jądrowe, w tym siły krótkiego i średniego zasięgu (w nomenklaturze amerykańskiej – niestrategiczne). Choć od kilku lat same USA z powrotem wzmacniają swoje opcje tego typu, wyzwania są coraz większe.

Czy dziś w amerykańskim arsenale m.in. lotnicze bomby B61-12 (przenoszone przez F-35A) oraz głowice W76-2 można uznać za główne filary niestrategicznej broni jądrowej? Jeśli tak, to czy zapowiadane zmiany automatycznie wymuszą prace nad nowymi środkami?

Prawdopodobnie Amerykanie opracują dodatkowe systemy niestrategiczne. Te będące już w służbie i planowane mają swoje mocne, ale i słabe strony. Tym bardziej że przecież zdolności przeciwników do obrony przed nimi też będą z czasem się wzmacniać. W Kongresie i wśród ekspertów amerykańskich rośnie poparcie dla dwóch opcji.

Jedna to lotniczy pocisk manewrujący dla F-35, który dawałby większe szanse na przedarcie się przez rosyjską obronę przeciwlotniczą niż użycie bomb. Inna opcja to pocisk wystrzeliwany z ruchomych wyrzutni lądowych. Dzięki tej mobilności byłby trudniejszy do zniszczenia niż samoloty w ich bazach i mógłby mieć jeszcze większy zasięg.

Reklama

Zwolennicy wprowadzenia tych dwóch systemów argumentują, że można to zrobić relatywnie szybko, jeszcze przed 2030 r. Bo chodziłoby o modyfikacje już istniejących pocisków konwencjonalnych, np. JASSM-ER dla F-35, czy też wystrzeliwanych z lądu manewrujących Tomahawków lub hipersonicznych Dark Eagle. Tu warto zaznaczyć, że USA już pracują nad nową wersją dawnych manewrujących pocisków nuklearnych (SLCM-N) dla wielozadaniowych okrętów podwodnych. Ale pociski te mają wejść do służby dopiero w latach 30.

Co do głowic W76-2, to ich wprowadzenie w 2020 r. od początku miało tylko tymczasowo łatać luki w amerykańskich zdolnościach. Było łatwe do przeprowadzenia, bo polegało na zmniejszeniu mocy na istniejących już ładunkach na pociskach balistycznych Trident II. Niewątpliwym plusem jest duża prędkość tych pocisków, co pozwala na szybką reakcję i czyni przechwycenie choćby jednej głowicy niezwykle trudnym. Mają one również zasięg międzykontynentalny. Minus jest taki, że pociski te są strategicznym systemem przenoszenia broni jądrowej, służącym przede wszystkim do dokonania zmasowanego odwetu. Ponadto ich wystrzelenie byłoby łatwo zauważalne przez satelity i radary wczesnego ostrzegania. Stąd w USA pojawia się obawa, że Rosja czy Chiny uznałyby wystrzelenie takiego pocisku za początek większego ataku i szybko odpowiedziałyby dużym odwetem.

Wypada wreszcie wspomnieć, że amerykańskie bombowce strategiczne również byłyby w stanie dokonać precyzyjnego kontruderzenia bombami lub pociskami o ograniczonej mocy. Ale dotarcie przez te samoloty do celów z baz USA trwałoby długo. Ponadto byłyby bardzo potrzebne do prowadzenia uderzeń konwencjonalnych. A to np. bardzo ograniczałoby możliwość ich „nuklearnego” użycia w Europie w razie równoległej wojny o Tajwan. Zresztą tak samo jak okrętów z SLCM-N.

„Siły nuklearne, modernizacja naszego odstraszania nuklearnego to najważniejsza inicjatywa dla amerykańskiego wojska” – powiedział Colby podczas niedawnego sympozjum ds. odstraszania Dowództwa Strategicznego USA. O jakiej modernizacji mowa? Czy i dlaczego jest ona konieczna?

Mowa o wymianie na nowe już istniejących strategicznych systemów przenoszenia broni jądrowej i głowic dla nich. Chodzi o siły o zasięgu międzykontynentalnym, a więc kluczowe dla odstraszania ataku jądrowego na same USA i odpowiedzi na niego.

Będące teraz w służbie strategiczne systemy nuklearne USA wywodzą się z czasów zimnej wojny. Bombowce B-52 weszły do służby w latach 50., wystrzeliwane z silosów pociski balistyczne Minuteman III w latach 70., a w latach 80. lotnicze pociski manewrujące AGM-86 i okręty podwodne z pociskami Trident II. B-2 pojawiły się nieco później, a i tak służą już prawie 30 lat.

Oczywiście wszystkie te systemy nieraz modernizowano i przedłużano ich resursy. Ale to ma swoje granice, bo albo staje się kosztowne, trudne (braki części), albo po prostu ich architektura uniemożliwia dalsze usprawnianie zdolności tego uzbrojenia.

W rozmowie z Defence24 prof. Andrew Michta mówi, że większy nacisk na taktyczną broń jądrową niskiej mocy wynika z limitów konwencjonalnych zdolności USA. Czy zgadza się Pan z tą opinią?

Nie zgadzam się. Colby i większość zwolenników takiej rozbudowy wyraźnie wskazują, że chodzi o wzmocnienie odstraszania przed atakami nuklearnymi. Zresztą przerzucanie na przeciwnika dylematu i ryzyka eskalacji nuklearnej Colby przedstawia jako atut konwencjonalnej obrony i opartego na niej odstraszania („deterrence by denial”). I to jest spójne z amerykańskim myśleniem z ostatnich 30 lat. Amerykanie drastycznie zredukowali swoje niestrategiczne siły jądrowe po zimnej wojnie i przestali myśleć o nich w charakterze broni „taktycznej”, której używa się na polu walki. Nie potrzebowali jej tyle, bo zyskali przewagę konwencjonalną nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Współcześnie ta konwencjonalna przewaga USA znacznie topnieje w obliczu zbrojeń Chin i innych adwersarzy, jednak Amerykanie chcą zatrzymać ten proces – przez konwencjonalne zbrojenia swoje, jak i sojuszników. Nacisk na te ostatnie widzimy zwłaszcza w amerykańskiej koncepcji NATO 3.0. Inna sprawa, że jeśli USA wzmocnią siły nuklearne krótkiego i średniego zasięgu dla odstraszania jądrowego, to przy okazji zwiększą możliwości wykorzystania tego potencjału w wojnie konwencjonalnej. Ale teraz nie ma mowy o powrocie do czasów zimnej wojny, gdy USA miały tysiące ładunków niestrategicznych.

Jak na zmiany mogą spojrzeć najbardziej zainteresowani amerykańskimi zdolnościami nuklearnymi, czyli Rosja i Chiny?

Nowe zdolności nuklearne USA z pewnością nie spodobają się Rosji i Chinom, zwłaszcza jeśli systemy te znajdą się w ich sąsiedztwie. Po części dlatego, że znacznie utrudniłoby to im potencjalną agresję na sojuszników USA w Azji i Europie. Jednak prawdopodobnie jeszcze bardziej obawiać się będą tego, że takie uzbrojenie zwiększy amerykańskie zdolności do dokonania szybkiego uderzenia „rozbrajającego” lub „dekapitacyjnego”. To znaczy do próby pozbawienia tych państw zdolności do odwetu jądrowego przez zniszczenie ich sił nuklearnych lub wyeliminowanie ich przywództwa.

Z powodu tej ostatniej kwestii mam wątpliwości, czy USA zdecydują się na wysunięte stacjonowanie wystrzeliwanych z lądu pocisków nuklearnych średniego zasięgu (jeśli takie opracują). Obecna administracja USA, w tym Colby, dużo mówi o potrzebie budowy „stabilności” w relacjach z adwersarzami, w tym z Rosją. Rozmieszczenie tych systemów w Europie jest tym bardziej niepewne dlatego, że nie jest to priorytetowy dla USA obszar. No i w porównaniu do Indo-Pacyfiku odległości do najbardziej wrażliwych celów są mniejsze, a czasy lotu pocisków krótsze.

Wszystko to mogło przyczynić się do niedawnego anulowania rotacji konwencjonalnych pocisków dalekiego zasięgu USA w Niemczech, które zapowiedział jeszcze Joe Biden. No i widzimy amerykańskie czerwone linie w sprawienuclear sharing. Z ostatnich sygnałów wynika, że za Trumpa USA są bardziej otwarte na certyfikację polskich F-35A do przenoszenia amerykańskiej broni jądrowej, ale wciąż są przeciwne stacjonowaniu tych bomb na wschodniej flance.

Ostatni oficjalny Przegląd Postawy Nuklearnej Nuclear Posture Review – NPR) został opublikowany 27 października 2022 roku przez administrację Joe Bidena. Czy w związku z planowanymi zmianami doktrynalnymi nowe NPR nie powinno powstać? Pomimo że Colby wprost zadeklarował w Senacie (a także na sympozjum STRATCOM), że Pentagon nie planuje wydania nowego dokumentu.

Myślę, że administracja Trumpa powinna w wyraźny sposób przynajmniej podsumować swoją politykę nuklearną. Chodzi o przejrzystą komunikację zarówno wobec przeciwników, jak i sojuszników. Odsyłanie do NPR pierwszej administracji Trumpa (w której był Colby) z 2018 r. to trochę za mało. Niewiele jest też o kwestiach nuklearnych w nowych strategiach obrony i bezpieczeństwa. Są obszerniejsze wystąpienia Colby’ego i wojskowych na ten temat, jednak przekaz byłby znacznie mocniejszy, gdyby pochodził od prezydenta lub sekretarza obrony. Lub chociaż miał ich podpis. Niewykluczone natomiast, że brak takiego dokumentu czy wystąpienia to wynik tego, że w administracji zachodzą istotne różnice w niektórych kwestiach, np. czy rozmieszczać w Europie i Azji nowe pociski nuklearne.

Reklama

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama
Polecane
czytaj więcej
Wojna na Ukrainie
Mogą Cię zainteresować